Coś się kończy, coś się zaczyna.

Końcówka roku to czas podsumowań. Więc i ja się pokusiłam, aby napisać kilka zdań. Zacznę może od zdania oczywistego i napiszę: "2020 ssie"!

To był okropny czas, nadal jest, ale wszyscy mamy nadzieję, że Nowy Rok będzie dla nas łaskawszy.

A zaczęło się tak pięknie. Zaczęło się od spełnienia największego marzenia - od Rafy Koralowej, od odwiedzin znajomych z Polski, od I Wielkiej Australijskiej Wyprawy!!!!

Kto to mógł przewidzieć, że ta pierwsza wyprawa jeszcze dłuuuugo będzie tą jedyną?!

Nawet teraz planowaliśmy wyjechać na II Wielką Australijską Wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża i dosłownie na tydzień przed planowanym wyjazdem znowu pozamykali wszystkie stanowe granice!

To co działo się w kolejnych miesiącach tego roku trudno nawet jakoś opisać. Pandemia zmieniła życie nas wszystkich. Nas "uwięziła" w Australii. Nie to, że narzekamy, ale prawo i wymagania wizowe nadal obowiązywały nas tak samo. A przypominam, że w kwietniu kończyła nam się wiza i niezłą uprawialiśmy tu sztukę cyrkową, aby móc w ogóle zostać. Legalnie. Kosztowało nas to bardzo dużo nerwów, nauki, pieniędzy i stresu, aby udało się uzyskać nowe warunki wizowe. Nawet nie wiecie co myśmy musieli przejść, żeby uzyskać zaświadczenie o niekaralności, kiedy w Polsce trwał twardy lockdown i żadna instytucja nie działała! A tu nikt dla nikogo wyjątków nie robił. Nikt nam nie dał więcej czasu. Wiele osób wróciło w tym czasie sławnymi "lotami do Polski". Nikt nie wiedział co będzie dalej, co robić dalej. Ale jakoś się udało. Może głupi ma szczęście, może mieliśmy w sobie dużo determinacji i woli walki?


Potem było jeszcze gorzej. W lipcu - nagle - mnie i moją rodzinę spotkała osobista tragedia, z której nie otrząsnęłam się do dziś. I mimo ogromnego wsparcia rodziny i przyjaciół...nadal codziennie o Tobie myślę, Tato.

Nie mogę przeżyć, że nie zdążyłam Ci o wszystkim opowiedzieć. Nie tak miało być.


Kolejne miesiące niepewności, lęku o jutro, braku perspektyw, siedzenia w lockdownie, smutnych i coraz rzadszych rozmów z przyjaciółmi w kraju i równie nieciekawych wiadomości od nich, o kolejnych trudnościach i nieszczęściach, które ich spotykają sprawiały, że coś się w naszych głowach zmieniało.

Zrozumcie, nie chce tu się skarżyć, że my mieliśmy najgorzej, bo to nie prawda, tylko cała ta sytuacja na świecie zaczynała wpływać na nasze postrzeganie przyszłości. Że nie ma co czekać, planować, że z dnia na dzień wszystko może się tak zmienić, że nawet nie zdążysz zareagować.

Najpierw kryzysy wybuchały co co 50 lat. Wojny, załamania rynku finansowego, choroby, katastrofy, zamachy....Potem już co 30. Potem co 10, co 5, a teraz już chyba będzie się coś działo co roku...tfu tfu.

Taki zgotowaliśmy sobie los.

A świat stanął na głowie. Albo właśnie się na nią przewraca.


Nie wiem, jak to się wszystko skończy. Każdy ma teraz własną rację. Dialog przestał być już "uprawiany". Mam wrażenie, że słowo "kompromis" przestało mieć zastosowanie. Wszyscy ciągle je powtarzają, ale nikt nie rozumie jego znaczenia. Nie dążymy do wspólnego dobra. A oprócz pandemii korona wirusa, mamy wszechogarniającą epidemię głupoty, zawiści, ciemnoty, nieuctwa, braku uczciwość, braku empatii i zaniku ludzkich odruchów.


Na szczęście można jeszcze spotkać ludzi o złotych sercach. Szkoda, że już coraz rzadziej.


Nie chcę Was tu dołować na koniec. Każdy straszliwie dostał po dupie w tym roku. Nie wiem, czy 2021 będzie lepszy. Nie wiem, czy powinno się mieć nadzieję, czy lepiej spodziewać się jednak najgorszego. Żeby się przypadkiem głęboko nie rozczarować.


My postanowiliśmy nie czekać.


Tak, wiem. Dla wielu z Was nasze działania są zupełnie niezrozumiałe, może szalone, nieodpowiedzialne. Nie mamy planów na dom, dzieci, kredyty i tak dalej. Po prostu o przyszłości myślimy trochę w innych kategoriach niż większość. A ten rok uświadomił nam jeszcze bardziej, że planowanie przyszłości nawet na następny rok jest...hmmm...trochę bezsensu. Przynajmniej naszym zdaniem.

Nie chcemy płynąć z prądem, bo tylko zdechłe ryby płyną z nurtem...hue hue.

Ale zdecydowanie płyniemy z wiatrem, a teraz to i nawet będziemy pływać pod wiatr.


Dosłownie.


Ponieważ 2020 zaczął się jednak dobrze - od spełnienia marzenia o nurkowaniu na Wielkiej Rafie Koralowej, los (oraz determinacja, ciężka praca, mnóstwo wyrzeczeń) sprawił że i zakończymy go spełnieniem marzenia. Marcina marzeniem.

Teraz czas na Marcina. Teraz jest jego chwila. Otóż....



Kupiliśmy sobie łódkę. Pod choinkę.

Oto Justine.


Nasza nowa pływająca przygoda. Długo planowaliśmy ten krok. I w końcu pojawiła się na naszej drodze ta słodka "krypka". To łódka projektu Sprakman&Stephens, zbudowana przez Douga Brookrea w 1974 roku, prawdopodobnie w Sydney. Nadal szukamy jej historii. Ma 30 stóp (9,16 metra), w całości wykonana jest z włókna szklanego.

To kilowy (zanurzenie 1,5 metra) solidny, oceaniczny, przystosowany do trudnych warunków niewielki jacht. Taki, jakiego szukaliśmy.

Justine stała w Port Stephens przez ostatni rok i należała do młodego Ozzika, który chyba w połowie renowacji stracił do niej cierpliwość. Właściwie jego ojciec Craig powiedział, że młody ma teraz dziewczynę i nie ma czasu na łódkę.


Dla nas najważniejsze jest to, że z zewnątrz jest odnowiona, więc to co jest najbardziej kosztowne i łączy się z wyciąganiem jej na ląd, mamy już za sobą. Został środek do remontu. To także nam odpowiada, bo chcemy ją zrobić pod siebie, według własnego projektu. Chociaż jej wnętrze jest tak sprytnie skonstruowane, że chyba skończy się tylko na odmalowaniu i jakiś drobnych przebudowach.

Jej oryginalne imię to właśnie Justine. Jak może nie wiecie, nie zmienia się imion łajbom, bo to przynosi pecha na morzu. Więc zaadaptowaliśmy trochę to imię bawiąc się słowami.


Wiadomo, że jest taki "piosenkarz" (z trudem to napisałam), który nazywa się Justine Bieber, czy jakoś tam. No skojarzenie imion nasuwa się samo. Ale Bieber brzmi podobnie do naszego "Bimber". Więc już możemy tu skomponować Justine Bimber.

Z wiadomych powodów :).

Ale żeby nie było za nudno, chcieliśmy dodać coś o sobie więc słowo Bimber trochę z angielszczyliśmy na "BimBEAR". Bear, czyli po angielsku niedźwiedź. No bo my w końcu Misiaki jesteśmy. I tak wyszło nam, że mamy łódkę, która nazywa się Justine BimBear!

Założyliśmy też konto na Instagramie SV Justine (Bimbear) (svjustinebimbear).

Jeśli macie ochotę śledzić nasze działania to serdecznie zapraszam! Na razie tylko Instagram, bo jest mi łatwiej po prostu z łódki na bieżąco wszystko relacjonować. Jest tam słaby zasięg i tylko telefon do dyspozycji.

A już jest co oglądać - na przykład jak wygląda ten pływający burdelik w środku i jak przegraliśmy już pierwszą bitwę z pogodą! A nawet jeszcze z miejsca nie ruszyliśmy. Minie trochę czasu zanim to nastąpi. Zanim ruszymy na pierwszy rejs musimy jeszcze bardzo dużo się pouczyć, bo chociaż z teorią stoimy mocno to praktyka musi zostać opanowana perfekcyjnie. Ocean to nie przelewki! W sumie właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na zakup Justine, jest idealna do nauki. I do rozpoczęcia nowej przygody w naszym życiu!


I właśnie tak kończymy ten smutny 2020, a zaczynamy nowy 2021. Zaczynamy nowym projektem Sailing Vessel Justine BimBear.


Życzymy Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku! Spełniajcie marzenia, żyjcie chwilą, bądźcie zdrowi, dbajcie o siebie nawzajem, nie dajcie się ogłupić, bądźcie rozsądni. Oby świat wrócił na prawidłowe tory, obyśmy nauczyli się dbać o naturę, obyśmy znowu odnaleźli w sobie miłość i tolerancję. Oby było lepiej.


Z całego serca, wysyłając mnóstwo uścisków, wszystkiego dobrego życzą

Ania i Marcin

Przyszłe Wilki Morskie


Podsumowując - oby 2021 był dla wszystkich taki, jaki1996 dla tego Pana:


82 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie