Druga Wielka Wyprawa Australijska. Cz. 1 Droga do Broken Hill.

Po dwóch latach podróżniczej posuchy, wyposzczeni do granic możliwości, stęsknieni za nieznanym, za niewygodami i za przygodą mogliśmy w końcu wyruszyć w podróż dłuższą niż weekendowy wypad za miasto. Wycieczkę tę planowałam już od kilku miesięcy. Mieliśmy ruszyć w drugiej połowie stycznia i większą ekipą. Kierunek - pustynia i odległe miasteczko Broken Hill, a tam zarezerwowany od kilku miesięcy uroczy domek z basenem pośrodku niczego. Miał być totalny relaks i nicnierobienie. Jednak w ostatniej chwili siła wyższa w postaci pracodawcy pozmieniała nam wszelkie dni wolne i cały plan się posypał. Ale nie poddawałam się. Nam się ten urlop po prostu należał - parafrazując pewne słowa. Dlatego po krótkim zastanowieniu i tak postanowiliśmy jechać. Bez znajomych, bez zarezerwowanych noclegów, bez planu. Po prostu przed siebie i byle by w kierunku Broken Hill. A dlaczego akurat tam?

Szukaliśmy słońca.

Lato w tym roku w Sydney jest okropne. Już poprzednie było bardzo deszczowe (na FB opisywałam Wam największe od 70 lat powodzie, jakie wystąpiły w naszych okolicach), ale tegoroczne jest po prostu tragiczne. La Nina mocno daje nam się we znaki. Na początku listopada niebo się nad nami otworzyło i od tamtej pory leje!!! Są chwilowe przejaśnienia, ale to tylko krótki odpoczynek między kolejnymi opadami. Wszystko jest mokre i wilgotne, mamy plagę komarów i funnel web-ów (najjadowitszych pająków, żyjących sobie w norkach w ziemi - na naszym podwórku naliczyłam ich z 30!) i w ogóle wszyscy są jacyś podenerwowani i ta pogodą, i tą sytuacja z wirusem i tym brakiem australijskiego słońca.

Dlatego zdecydowaliśmy się ruszyć na pustynię. Generalnie w lato na pustynie się nie jeździ, bo temperatury dosłownie mogą być zabójcze, ale byliśmy tak stęsknieni ciepła, że postanowiliśmy zaryzykować. Oj tam, co się może stać?! Przecież tam też żyją ludzie, prawda?!

Samo miasteczko Broken Hill nie ma w sobie niczego szczególnego. Ot, górnicze miasteczko na totalnym zadupiu. Znajduje się tam największa w Australii i jedna z największych na świecie kopalń rud cynku i ołowiu, założona w 1883 roku. Miasto jest ośrodkiem usługowym regionu, specjalizujące się w hodowli owiec, a od 1939 roku stanowi bazę lotniczą służby medycznej. No raczej średnio ciekawe miejsce...

Ale nam bardziej chodziło o drogę. O tą jazdę pośród pustkowia, o tą odskocznie, o tą samotność, dzikość i surowość otoczenia i po prostu o przygodę.

Chcieliśmy się gdzieś wyrwać, zmienić otoczenie, coś zobaczyć, a że mieliśmy dwa tygodnie urlopu postanowiliśmy się nie spieszyć, a pozostałe dni wykorzystać na beztroską włóczęgę, czyli Australia Campervanem Bez Planu, gdzie nas koła Yakuzy poniosą.

Ruszyliśmy w wyprawę zaraz po Świętach Bożego Narodzenia we wtorek wieczorem. Bo oczywiście nie mogliśmy się wcześniej zebrać, ale hej... przecież nigdzie się nie spieszyliśmy. Spakowaliśmy się najprościej, jak potrafiliśmy. Do naszego kampera wrzuciliśmy standardowo materace, śpiwory, poduchy i kocyk w razie czego. Sprzęt kuchenny w postaci kuchenki gazowej, kartridżów z gazem, jakiś garnek, talarze, kubki, sztućce. Zapas posiłków liofilizowanych, niezbędna takich warunkach kiełbasa i konserwa, pasztet oraz ketchup, trochę sera, warzyw, kawa, herbata i dżem. Stolik, dwa krzesła, parasol przeciwsłoneczny. Ciuchy na zmianę, tonę kremu przeciwsłonecznego, litr sprayu na owady i porządny zapas wody. I tyle. W drogę.

Jak minęły nam pierwsze trzy dni?! Jadąc. Więc w tym odcinku zaprezentuję Wam głównie ujęcia z drogi. Przejechaliśmy 1200 km, spaliśmy na dwóch darmowych campingach, prawie zabrakło nam paliwa, ale dotarliśmy do miejsca docelowego po drodze zmieniając strefę czasową i kilka klimatycznych :)


Zapraszam na relację!




36 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie