Nasza pierwsza morska wyprawa. Cz.1.Przygotowania.

Nadszedł ten dzień.

W sumie to nie do końca. W stanie NSW nadal trwał lockdown i nie można było wyjeżdżać poza metropolię Sydney. Z tygodnia na tydzień nowy premier NSW odsuwał zniesienie tego zakazu, a w nas narastała frustracja. Nie mogliśmy dłużej czekać i mieliśmy kilka mocnych argumentów na przekonanie siebie, że jednak musimy nagiąć trochę prawo.

Po pierwsze poluzowały się zasady dla właścicieli łódek. Niby można było jechać na łódkę, jeśli wymagała niezbędnych napraw, ale nie można było na niej nocować (no bo wiadomo - nocami na łódkach śpi wirus, prawda?!). Mocno nie dookreślone były kwestie czy na przykład może jechać tylko właściciel czy może ja też mogę w charakterze pomocnika, a co w sytuacji, jeśli musimy przeprowadzić łódkę (to dozwolone), ale wymagało to postoju na jedną noc (to nie dozwolone). Drugą kwestią było udowodnienie, że nasza łódka stoi w Lemon Tree Passage. Nie mieliśmy na to żadnego dowodu, oprócz kilku SMS-ów od właściciela mooringu i przelewów bankowych, że mu płaciliśmy przez ostatni rok za wynajem. Prosiliśmy właściciela, żeby spisał kilka zdań na kartce w ramach umowy, ale nigdy się w tej kwestii do nas nie odezwał. Pisał tylko wtedy, kiedy trzeba było zapłacić. Wiadomo, pewnie wynajmował ten mooring na lewo. Więc w sumie w przypadku kontroli policji mieliśmy tylko akt własności łódki oraz dowody zaszczepienia.

Ale musieliśmy zaryzykować. Liczyliśmy na to, że lockdown ma się ku końcowi, 80% populacji NSW było już zaszczepione i ogólnie można było już coraz więcej (na przykład spotykać się w końcu ze znajomymi w liczbie większej niż 5 osób, a nawet napić się kawy w restauracji).

Tak z ciekawostek powiem Wam, że na dziś w naszym stanie w pełni zaszczepionych jest 91.3 % mieszkańców (w całej Australii 84%), a nadal obowiązują maseczki w sklepach, nadal trzeba się logować kodem QR wchodząc do jakiegoś miejsca publicznego, a osoby niezaszczepione mogę chodzić tylko do sklepów pierwszej potrzeby. Nadal też są zamknięte granice.


Wracając do tematu postanowiliśmy wziąć tydzień urlopu i 23.10 pojechać na łódkę z misją przeprowadzania jej na nowy mooring na wody Jeziora Macquarie.


PLAN


Naszym zadaniem było przepłyniecie 80 mil morskich z Lemon Tree Passage do Jeziora Macquaire wzdłuż wybrzeża.

Nasz plan zakładał, że wypływamy we wtorek koło południa, kiedy będzie największy przypływ, żeby nie szorować o dno. Chcieliśmy wypłynąć z koryta rzeki Karuah jak najbliżej wyjścia na ocean, a jeśli warunki pozwolą to nawet i wyjść i zatrzymać się już na zatoce przy malowniczej Shark Island. Awaryjnie mieliśmy oznaczone cztery miejsca, gdzie możemy albo rzucić kotwice albo skorzystać z publicznego mooringu. Z postojem na kotwicy ryzyko jest takie, że całą noc czuwasz czy kotwica dobrze siedzi i czy przypadkiem jej nie ciągniesz, a tym samym dryfujesz w pobliżu skał. Więc spania nie ma, bo jeśli w porę nie zareagujesz możesz się rozbić. Z publicznymi mooringami ryzyko jest z kolei takie, że mogą być wszystkie zajęte. A jeśli już jakiś znajdziesz to nie znasz tego mooringu, nie wiesz w jakim jest stanie lina, do której cumujesz i kiedy ostatni raz był serwis.

Na środę planowaliśmy popłynąć już wzdłuż wybrzeża podziwiając ogromną plażę Birubi i wysokie nawet na 100 metrów wydmy Stockton Sand. Te stworzone tysiące lat temu największe ruchome wydmy na półkuli południowej są spektakularne. Wydmy Stockton Bight Sand Dunes w Worimi Conservation Lands obejmują 4200 hektarów, z których 1800 to lasy i ciągną się przez 32 km!

Następnie planowaliśmy ominąć największy jaki do tej pory widziałam, port przeładunkowy w Newcastle uważając przy tym, aby nie zostać zatopionym przez któryś z tysiąca ogromnych kontenerowców, które codziennie tamtędy przepływają.

Gdyby coś poszło nie tak, mieliśmy wybraną również i tam zatokę i miejsce na awaryjny postój.

Jednak my chcieliśmy dopłynąć do celu już w środę, ponieważ w czwartek miał wzmóc się wiatr i zmienić kierunek na niekorzystną dla nas stronę. A w piątek to już w ogóle zapowiadali burze i szkwały.

Miejsce docelowe to, już jak wspominałam, wody jeziora Macquarie. A konkretnie zatoka Croudace. Musicie wiedzieć, że Awaba - jak brzmi w języku Aborygenów nazwa tego jeziora - to największe nadmorskie jezioro ze słoną wodą w Australii i zajmuje powierzchnię 110 kilometrów kwadratowych (42,5 mil kwadratowych), czyli jest dwukrotnie większe niż zatoka Sydney Harbour. A z Morzem Tasmana jest połączone krótkim kanałem Swansea ze zwodzonym mostem. I tym zgrabnym zdaniem przechodzimy do największych zagrożeń naszej wyprawy :)

ZAGROŻENIA


Jak zawsze na ocenie największym zagrożeniem jest pogoda i czas. Ale to już jako tako mieliśmy zaplanowane. Wpływu na pogodę nie mamy, dlatego musieliśmy przewidzieć plany awaryjne dla każdego etapu relokacji. Mieliśmy kilka awaryjnych miejsc na postój w razie czego. Na dzień startu miało bardzo lekko wiać z północno-wschodniego kierunku. W środę wiatr miał zelżeć niemal do zera, by już od czwartku nabierać prędkości. Wiecie, my na prawdę czekaliśmy na tą pogodę miesiącami, bo musiała się ona zgrać również z odpowiednio wysokim przypływem o właściwej porze dnia, abyśmy mogli w ogóle ruszyć z miejsca. Generalnie czarna magia, obserwowanie księżyca i wróżenie z fusów.


Drugą ważną kwestią jest stan oceanu i jego dno. Dwa dni przed naszym wypłynięciem na ocenianie miał miejsce spory sztorm. Wskaźniki jeszcze we wtorek pokazywały zafalowanie na poziomie fal o wysokości 8-10 metrów. Liczyliśmy na to, że w środę ten rozhulany żywioł już się trochę uspokoi. Bo sztorm to energia i ogromne siły. I to nie jest tak, że kończy się burza i jest spokój. Ocean musi się uspokoić, ta energia musi gdzieś się rozładować. Na środę zapowiadali mniejsze zafalowanie do 4 metrów.

Można pomyśleć, że cztery metry to nie tak dużo. Bo w sumie nie jest, właściwie z brzegu powiedziałbyś "Ale dzisiaj morze jest spokojne". Jednak kiedy dodamy to tego dno, po którym te fale się odbijają to te cztery metry rosną w oczach. No i perspektywa z 30 - stopowej łódki też jest inna, jak się na niej siedzi.

Przy zatokach, ujściach rzek, wejściach do kanałów tworzą się tak zwane coastal bar'y. Czyli podwodne, ruchome łachy piasku. Pod wpływem prądów i fal ciągle zmieniają swoje miejsce i kształt, codziennie gdzie indziej się wypiętrzają lub chowają, a tym samym fale nad nimi inaczej się kształtują.

Bywają bardzo niebezpieczne, są prawie niewidoczne, nieprzewidywalne i nieuniknione.

Kiedy dodasz do tego zmieniające się zależnie od pływów prądy, zafalowanie oraz wiatr wejście/wyjście z kanału i zatoki może wyglądać tak:

https://www.youtube.com/watch?v=0b8AdPc0mHs&ab_channel=SOUNDINGSmagazine

Ale w bardziej przystępny sposób wytłumaczą Wam zasadę działania coastal bar'ów chłopcy z Coastguard Boating Education:

No więc na nas czekały dwa takie miejsca - wypływając z Zatoki Nelson Bay oraz wpływając na jezioro kanałem Swansea.


Nerwowo.


Zobaczcie na zdjęciu poniżej. Widać te mielizny nawet na zdjęciach satelitarnych. Szczególnie te przy Nelson Bay - są OGROMNE!

Po drodze czeka nas również ominięcie Portu Newcastle. Wspominałam już, że mijanie się z kontenerowcami to zawsze nie za fajna sprawa. Sami wiecie, że te statki są ogromne. A z ich mostków takiej małej żaglóweczki jak nasza nie widać. Tylko radary na ich pokładzie mogą dać kapitanom znać, że jakieś szczury wodne plączą im się pod nogami. Brak umiejętności żeglarskich, nawigacyjnych, prawa żeglarskiego a przede wszystkim nie umiejętność odczytania zamiarów kapitanów tych statków może się skończyć bardzo źle.

A na koniec czekało na nas jeszcze wejście do jeziora przez kanał Swansea, który ma około 380 metrów (1247 stóp) szerokości i 2 kilometry (1,2 mil) długości. Na końcu kanału tuz przed wpłynięciem znajduje się tam też zwodzony most, którego otwarcie - UWAGA - musisz sobie zabookować telefonicznie/radiowo i to też w określonych godzinach. Ba! Mało tego! Tu również musimy pamiętać o pływach. Ponieważ nasza łódka ma 1,6 metra zanurzenia przy odpływie wody Jeziora Awaba są dla nas dość niebezpieczne.

Tak wygląda ten kanał przy spokojnej pogodzie. Zwróćcie uwagę na różnicę w kolorach wody, to są właśnie te wypłacenia. Oraz na wrak jachtu, który nie miał szczęścia.

Oj mieliśmy tu niezłą przeprawę, ale o tym później.

DZIAŁANIA


Ale zanim to wszystko miało się wydarzyć Justine potrzebowała trochę upliftu. Sami rozumiecie teraz, że ta wyprawa to nie niedzielne żeglowanko tylko poważna sprawa.

Plan był taki, aby przez kilka dni łódkę najpierw podszykować. Sobotę, niedzielę i poniedziałek przeznaczyliśmy na drobne naprawy, sprawdzenie silnika, systemów bezpieczeństwa, zamontowanie EPIRB (satelitarny sygnał ratunkowy), przygotowanie prowiantu i worka ratunkowego, takielunek, sprawdzenie olinowania stałego i ruchomego, wymiana kilku szotów, ich sprawdzenie i zaciągniecie, zamontowanie lazy jack, nałożenie reflinek, przygotowanie zestawu kotwicznego (łańcuch i lina) i przygotowanie obijaczy.

Najważniejszą jednak sprawą było wyczyszczenie dna łódki, bo przez ten prawie rok zarosła w kanale niemiłosiernie. Śruba nie miała już nawet swojego kształtu, tak była obrośnięta przez glony i liczne skorupiaki. Bez tego nie ruszylibyśmy z miejsca. W tym celu poprosiliśmy kolegę, który jest nurkiem o pomoc, aby do nas przyjechał w poniedziałek. Należało również sprawdzić czy nie ma luzów na sterze, na wale napędowym i śrubie, zobaczyć w jakim stanie jest anoda na wale oraz sprawdzenie echosondy.


I to były na tyle z planów.


Chyba udało mi się wzbudzić w Was trochę ciekawości i dreszczyku emocji?!

Więc zostawię Was teraz na troszkę z tą gorączką przed morską przygodą!

Jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości?! Dowiecie się w części drugiej, która już się pisze!


gif





187 wyświetleń3 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie